Uparcie do celu.

Ten wpis układałam sobie w głowie dokładnie 59 minut i 51 sekund. Obmyślałam różne opcje i informacje, które chce Wam dzisiaj przekazać. 
Pisząc go jaram się jak Albert, który znalazł paczkę żelek w foteliku Lilianki, kiedy wróciłam z nią ze szpitala po porodzie.

59 minut i 51 sekund. Dokładnie tyle trwała moja ostatnia prosta do osiągnięcia postawionego celu i spełnienia wielkiego marzenia. I choć czas ten "nie urywa", dla mnie jest perfekcyjny.

Wczoraj ukończyłam pierwsze 10-kilometrowe zawody biegowe.





Historia mojego biegania nie jest długa. Jest jedynie pełna uporu i determinacji.
Teoretycznie rozpoczęła się dwa lata temu. W praktyce- 5 tygodni po urodzeniu Lilki, jakoś na początku lipca tego roku.
Na powrót do aktywności fizycznej po porodzie czekałam niecierpliwie przebierając nogami przez 5 tygodni. Kiedy po kontroli dostałam zielone światło od lekarza, czułam się trochę tak, jakbym urwała się ze smyczy. Miałam już upatrzone zajęcia na siłowni, które najbardziej odpowiadały mi godzinowo, żeby dało się to pogodzić z opieką nad dzieciakami i karmieniami Młodej.
Pierwsze zajęcia miały być za kilka dni, a ja chciałam coś robić już! Teraz, dzisiaj.
Uznałam, że wyjdę pobiegać, sprawdzę kolejny raz, czy to całe bieganie rzeczywiście jest poza moim zasięgiem, jak mi się wydawało.
No i wyszłam, bo tak sobie postanowiłam, mimo że na dworze padało jak cholera i robiło się już ciemno.

Zaczęłam biec. W planie były 3 km, jak na pierwszy raz i biorąc pod uwagę to, że tylko raz w życiu przebiegłam 5 km... to wydawało się wystarczająco.
Zagalopowałam się trochę i tego dnia zrobiłam pierwsze w życiu 6 km! To był dla mnie wielki sukces. Nie zrobiłam tego nigdy wcześniej. Nigdy!

Wróciłam do domu przeszczęśliwa, a resztę wieczoru przegadaliśmy z Mateuszem śmiejąc się z tego, jak w gimnazjum padało hasło, że biegamy na 1200m i każde z Nas miało ochotę zapaść się pod ziemię, albo rzucić nauczycielowi zwolnieniem i uciec do domu.
Kiedyś to był kosmos, przecież nie da się tyle przebiec!! I z takim przekonaniem przeżyłam ponad 25 lat swojego życia 😆

Tego wieczoru postanowiłam sobie też, że będę dalej próbować. Że kiedyś przebiegnę jeszcze więcej.
A że jestem z tych, którzy muszą mieć konkretny termin, żeby się zmobilizować- 31.12 wydawał się nienajgorszy. :)

Zaczęłam biegać dwa razy w tygodniu. Krótsze bądź dłuższe dystanse, ale zwykle ok. 5-6 km, to była moja bariera nie do przeskoczenia.




Biegałam po stadionie, żeby nie oglądać się za siebie w obawie przed łaziskimi dzikami. Biegłam kółko za kółkiem wyłączając myślenie o tym, co aktualnie robię.
Na CROSSie Paula zawsze motywuje do zrobienia jeszcze jednego powtórzenia, nawet kiedy padasz na... twarz. Wiec idąc tym sposobem, kiedy endomondo pokazało pewnego razu 5.8 km dołożyłam kolejne kółko. I potem jeszcze jedno. I jeszcze.

Dobiegłam do 7,6 km. Czułam się jak maratończyk na miarę swoich możliwości.
Następnego dnia MK Team ogłosił organizację biegu "Nocne Marki". O godz. 17 miał być bieg na 10 km, o godz. 19 na 5 km. Chciałam asekuracyjnie ogarnąć tam piątkę, ale o 19 karmię i kładę Lilkę spać... więc zapisałam Nas na 10 km, bo nie było innej możliwości :D  
Był 10 października. Bieg zaplanowany na 27.10!!
Czasu było malutko, realizacja celu musiała zostać przyspieszona. Nie było czasu do Sylwestra. 

Pełna obaw i strachu spięłam tyłek i jeszcze bardziej zmobilizowałam się do biegania. Dalej dwa razy w tygodniu, to był organizacyjny max.

Zaczęłam biegać poza stadionem, pokonując lekkie wzniesienia i nierówności trasy. Niedzielne wieczory były dla mnie wyjątkowo łaskawe, za każdym razem zwiększałam dystans, aż tydzień przed biegiem Endomondo pokazało 11 km 💚 Mówię o ciągłym biegu. Zero stopów, zero marszu. Ciągle biegiem. Poczułam się dużo pewniej.

I wczoraj, 27  października, udało się. Zrealizowałam swój cel. Z okazji ukończenia przez Lilkę 5 miesięcy, zrobiłam terenową DYCHĘ! Pękam z dumy.
I choć wiem, że dystans i czas dla niektórych to żaden wyczyn- dla mnie to moje małe Mistrzostwo Świata 😄





Dzieciaki są moją motywacją do tego uporu i determinacji w realizacji.
Dwójka dzieci jeszcze bardziej utwierdza mnie w tym, że naprawdę to jest tylko w Naszej głowie. To naprawdę da się zrobić! Jeśli tylko czegoś się chce. Da się, kiedy nie ma się etatowej niani, kiedy dzieci chorują, kiedy karmi się piersią... Nie ma co wierzyć stereotypom tylko trzeba działać i zmieniać to, co siedzi Nam w głowie.

Optymizmu i siły można się nauczyć 💚

Więc do dzieła! 💚

Komentarze

Popularne posty